Bornholm, czyli do zobaczenia za rok. I za za kolejny pewnie też.

Widok na Gudhjem

Zawsze gdy piszę o jakimś bałtyckim miejscu, które mieliśmy szczęście odwiedzić, mam tę ambiwalentną myśl, że z jednej strony - to fajne móc podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami, być może ciut ułatwiając komuś życie lub urozmaicając czyjś wyjazd.

Z drugiej strony jednak - wiecie jak to jest z turystyką: wszędzie dobrze gdzie nas, ludzi, nie ma.

Najfajniejsze miejsca w jakich byłem, to te niezadeptane przez turystów, te gdzie możesz iść wybrzeżem pół godziny nie spotykając nikogo, miejsca których nie ma straganów z gównem z plastiku i na tyle niepopularne turystycznie, że na Waszej plaży nie znajdzie się żaden cymbał-meloman z głośnikiem bluetooth, a i śmieć znaleźć trudno. Pisząc jednak o miejscu - tym czy innym - w pewien sposób je reklamuję / popularyzuję, tym samym ciut przykładam swoją rękę do tego, by ten cymbał kiedyś tam trafił. 


Pisząc o Bornholmie czuję to mocniej niż zwykle, bo to dla mnie miejsce szczególne, do którego wróciłem już po raz trzeci, mając pewność, że wrócę też za rok i skrycie marząc o tym, by się tu zestarzeć. Niestety nie mam jeszcze pomysłu skąd wziąć te przynajmniej 3 miliony złotych, konieczne, by kupić tu dom.

Ufam jednak, że wśród Was, czytających rzeczy z bloga HANSA WEAR, nie ma wielu przypadkowych osób. Tym bardziej nie ma wielu cymbałów, którzy po przeczytaniu spakują swój głośnik bluetooth i wyruszą by popularyzować na plaży w Sandvig polski pop. Wierzę, że śmieci chętniej podnosicie, niż je wyrzucacie gdzie bądź. I, że w ogóle raczej fajni niż niefajni z Was ludzie. Dlatego też z czystym sumieniem oddaję w Wasze ręce mały, subiektywny przewodnik po Bornholmie. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, niech Wam służy.

Oto 10 powodów, dla których przez pewien czas warto płacić bułkę 6 złotych, za półlitrowe piwo w knajpie 45, a za bazową pizzę 60.

1. Prom

Na Bornholm w sezonie podróżujemy promem - można z Kołobrzegu, można ze Świnoujścia, można też z niemieckiego Sassnitz i duńskiego Køge. I pewnie jeszcze skądś. My wybieramy tę pierwszą opcję. Prom Jantar pływający z Kołobrzegu jest bardzo malowniczym początkiem podróży - przez wystrój trochę czujesz się jak na planie filmu Wesa Andersona, a gdy skala Beauforta pokazuje ciut więcej, można też poczuć się jak na domówce w liceum, ponieważ pasażerowie dzielą się wówczas na 3 grupy - tych, którzy naraz rzygają, płaczą i są zieloni, tych którzy śpią i tych którzy piją.

Super Panie z promu w Weso-Andersonowskim otoczeniu. 

Jeżeli wiesz, że masz chorobę morską, możesz trochę pocierpieć. Jeżeli nie wiesz czy ją masz, możesz profilaktycznie walnąć na pokładzie 100g wódki, która zbałamuci Twój błędnik na tyle, że zminimalizujesz szansę na cztery i pół godziny pod znakiem pawia. Jeżeli nie masz choroby morskiej, będziesz bawić się świetnie. Mam szczęście być w tej ostatniej grupie, więc spędzam podróż z dziecięcą radością łażąc po pokładzie, robiąc zdjęcia, pijąc gin.

Tip: na promie płacisz wyłącznie gotówką; przydają się też drobne

Tip: może się zdarzyć, że ze względu na warunki atmosferyczne kołobrzeski prom zostanie odwołany i będziesz musiał(a) poczekać w Kołobrzegu do ustabilizowania się pogody. Nie zdarzyło się to nam jeszcze, ale znamy ludzi, którym się zdarzyło. Jeżeli chcesz mieć 100% pewności, że wypłyniesz - płyń z Sassnitz lub Køge - skąd pływają DUŻO większe jednostki niż niewielki, pasażerski Jantar, którym nie straszna fala.

2. „Corporate Identity”

Bornholm jest piękny. Piękne jest to, co jest dziełem natury, a to co jest dziełem cywilizacji pozostaje w pełnej estetycznej zgodzie z tym co jest dziełem natury. Tym patetycznym zdaniem chciałem powiedzieć, że architektura na Bornholmie, kolory które lądują na fasadach domów, ich wykończenie i detale wynikają ściśle z otaczającej je natury. Żółć porostów skalnych, zieleń glonów, brąz morszczynu zobaczysz na ścianach tutejszych zabudowań.

Latarnia morska w Svaneke

Wygląda to jakby zdolny projektant stworzył ścisły brandbook, na bazie kolorów zaczerpniętych z lokalnej natury i każdy z mieszkańców postawił sobie za cel konsekwentnie przestrzeganie jego zasad. Wszystko do siebie pasuje, brak architektonicznej samowolki, brak jakichkolwiek śladów reklamy zewnętrznej, wszystko jest surowe, nieprzekombinowane i piękne. Każdy dom, każda szkoła, nawet fabryka konserw.

Cywilizacja nie wchodzi tu w naturę twardym, bezczelnym klinem („ej, jebnijmy 7-piętrowy apartamentowiec na tym zboczu góry w Sudetach, weźmiemy dobry hajs za metr kwadratowy”) a raczej stara się odtworzyć kolorystykę natury, czerpać z niej. Efekt tego jest odpoczynkiem dla oczu zmęczonych developerską samowolą i wielkoformatowymi szmatami o nowym kretyńskim programie na tefałenie.


3. Natura

Długo by pisać, bo to przecież głównie dla niej tam podróżujemy. Bornholm to bujność, bioróżnorodność i specyficzny mikroklimat, który sprawia, że np. w co drugim ogródku rosną tam drzewa figowe. 

Bornholm pachnie czosnkiem niedźwiedzim i licznymi roślinami miododajnymi, które obrabiają chmary pracowitych trzmieli. Jeżeli przyjedziesz tam w czerwcu, kroma dobrego pieczywa ze Svaneke z masłem i samodzielnie zerwanym czosnkiem niedźwiedzim będzie śniadaniem, które Cię rozpieści. W lipcu na świeży czosnek niedźwiedzi może być już za późno.

Bornholm to wszechobecne malwy - najdające każdemu z tutejszych miast sznyt kameralnej wioseczki. To jeżyny, rokitnik, dzikie czereśnie, POROSTY hojnie pokrywające nadmorskie skały.

Mając ciut szczęścia spotkasz też wydry (widzieliśmy je dwukrotnie podczas tego pobytu - w tym trzy świeże jeszcze i nadaktywne wydrze młokosy, wyzierające z dziury w falochronie w Gudhjem). Bornholm to też cała masa ptactwa - nie znam się na ptakach na tyle, by szczegółowo wymienić Wam gatunki. Odwykłem też (niestety…) od tej ilości ptaków i miło jest się przekonać, że są miejsca, gdzie pod dachami są gniazda, których żaden cymbał, owładnięty manią czynienia sobie ziemi poddaną, nie zamurował i gdzie człowiek dokłada starań, by budek lęgowych było pod dostatkiem. Na pewno widziałem masę wróbli, jaskółek, szpaków, jeżyków. Ale zbyt duży ze mnie laik, bym porwał się na dalsze wymienianie gatunków.

Taki tam product placement, ale może KUP KUBEK?

Absolutnym krajobrazowym hitem są dwa jeziora, położone w pieszym dystansie od Sandvig - Opalsøen i Hammersø. W ciągu 45 minut marszu przenosisz się z plaży nad brzeg największego polodowcowego jeziora na wyspie (Hammersø) a po kolejnych pięciu do sztucznego, choć spektakularnego zbiornika Opalsøen, stworzonego w zamkniętej w latach siedemdziesiątych kopalni granitu. No ale wiecie, to Bornholm, tu wszędzie jest pięknie.

Jezioro Hammersø, a te skały w tle to ten dawny kamieniołom. 

Taka natura sama się nie robi. Jest efektem dbania, odpowiedzialności i myślenia w kategoriach przyszłości i tego, co pozostawimy po sobie przyszłym pokolenim. Mam zwyczaj zbierać śmieci z plaż i wydm. Na Bornholmie nie miałem czego zbierać, serio. Stopień poszanowania natury przez lokalnych mieszkańców jest imponujący i powinien być stawiany za przykład. W ciągu pierwszego tygodnia, spędzając codziennie czas na nadbrzeżnych skałach udało nam się znaleźć 2 śmieci, oba polskie - puszkę po warce i plastikową butelkę po frugo.

Gdy po powrocie z Bornholmu wpadliśmy na moment do Gdyni, na plaży w Kosakowie w 30 minut zdołałem zebrać to:

By zebrać podobną, ponad kilogramową siatę śmieci na Bornholmie musiałbym poświęcić 2 dni. Sramy we własne gniazdo z niezrozumiałą dla mnie przyjemnością.

4. Deprywacja sensoryczna

Jeżeli zdarza Ci się cierpieć z powodu nadmiaru bodźców, wyprawa na Bornholm będzie dla Ciebie terapeutyczna. Zdecydowana większość dźwięków jakie do Ciebie dotrą to dźwięki natury - ptactwo, wiatr grający na linkach przycumowanych jachtów, fale morza rozbijające się o skały, świerszcze, bzyczenie trzmieli.

Tłumy w Rønne

No, czasem rzecz jasna usłyszysz samochód, czy muzykę - ale będzie to dobra muzyka i cichy samochód. W miastach takich jak Rønne spacerując o godzinie 21 w piątek, możesz uznać, że trafiłeś/aś do miasta wymarłego, tylko nie bardzo wiadomo kto w związku z tym dba o zieleń miejską, bo jasne i oczywiste jest, że ktoś dba.

5. Gudhjem i Svaneke

Dwa podobne do siebie i leżące nieopodal miasteczka, w których czujesz się tak, że nawet nie wiesz kiedy zaczynasz guglować procedurę ubiegania się o azyl. Gudhjem w wolnym tłumaczeniu oznacza „dom boga”. Mimo, że nie bardzo w niego wierzę, to jestem przekonany, że gdyby istniał, faktycznie zamieszkałby właśnie tam. Przynajmniej ja tak zrobiłbym na jego miejscu.

Oba miasta mają kilka wspólnych cech - położone są na wzgórzach nad samą wodą, co sprawia, że schodząc w dół - ku morzu i portowi - widzisz kompletnie niesamowite bałtyckie panoramy. Oba miasta mają swoje wędzarnie (Røgeri), gdzie zjesz takiego śledzia, że klękajcie narody (więcej w części: Szama). Oba miasta wchodzą w morze malowniczym, kamienistym wybrzeżem, na którym - wśród porośniętych porostami (masłem maślanym?) kamieni możesz opalać się z siusiakiem i cyckami na wierzchu nie budząc niczyjej niezdrowej ciekawości. 

Bardzo niewidoczne lokowanie NASZYCH CZAPEK. No i widok na Svaneke Røgeri

Twojej też nie powinno budzić, jeżeli zaraz obok Ciebie, ktoś rozbierze się do naga by się poopalać czy popływać. Dania jest pod tym względem znacznie zdrowsza, jeżeli chodzi o kulturowe podejście do nagości (więcej w części: Golaski, której autorem jest Kamila Raczyńska-Chomyn, zawodowo Dobre Ciało, prywatnie moja żona)

Tyle z cech wspólnych tych miast, teraz ciut o rzeczach specyficznych.

Gudhjem ma najbardziej kameralną saunę świata. Wielkości, mniej więcej, dwóch toi-toiów, ale nie wielkość jest tu najważniejsza. Trafiliśmy do niej w zeszłym roku, wysyłając sms na numer widniejący na kartce z informacją. Tajemniczy Johan w mig odpisał nam w tonie „jasne, korzystajcie, kod do kłódki to (…), sprzątnijcie po sobie, jak macie ochotę - zostawcie jakieś monety, w drewnianej skrzynce w środku, ale nie jest to obowiązkowe".

Najlepsza sauna świata. 

Nie muszę tłumaczyć, że ten poziom zaufania społecznego, dla kogoś przyzwyczajonego do polskich standardów sprawia, że pierwszą myślą jest „TO PUŁAPKA!”. Potem wizualizujesz sobie scenariusze ze skandynawskich horrorów, jeszcze później okazuje się, że to nie pułapka i że tak to działa na Bornholmie i tyle (więcej w części: Ludzie). Po roku od tamtej wizyty (czyli 2 tygodnie temu) znów będąc w Gudhjem napisaliśmy do - już nie tajemniczego - Johana i znów saunowaliśmy zostawiając 50 koron w drewnianej skrzynce i patrząc przez okna sauny na zachód słońca (tak, sauna umiejscowiona jest w ten sposób, żeby móc z jej wnętrza oglądać nadmorski zachód słońca oraz z sauny wbić bezpośrednio do morza, by się schłodzić).

Svaneke nie ma sauny w podobnym stylu. Ma za to browar - Svaneke Bryghus, produkujący organiczne, lokalne i zupełnie dobre piwo.

Ma sklepik ze świetnymi destylatami - od lokalnych ginów, przez lokalne akwavity, po „lokalne” limoncello. Ma - last but not least - rzemieślniczą piekarnię z pieczywem, które zasługuje na pomnik. O glutenie wiem nie mało - jako dziecko mieszkałem w bloku pod piekarnią, znam smak ciepłych jeszcze i chrupiących bułek i chlebów, kupowanych w środku nocy za dzieciaka. Zawsze szukam dobrego pieczywa w miejscach, które odwiedzam; mam swoje ulubione piekarnie (jak wrocławska piekarnia na Bema czy piekarnia w Lanckoronie). No i nie jadłem lepszych bułek od tych, które kupiłem w Svaneke. Serio. Serio. Serio. Svaneke ma również uroczą manufakturę słodyczy, o której więcej przeczytacie w części „Szama”.

To dom, w którym mieliśmy szczęście mieszkać. Zbudowany w 1692. 

Svaneke to również prawdziwy raj dla fanów hazardu. Regularnie odbywają się tu rozgrywki w kurze bingo (nazwa moja - ale nie sądzę by istniał polski ekwiwalent). Co z grubsza polega na tym, że na kwadrat podzielony na pola z numerami wypuszcza się kury, a gawiedź sypie ziarnem i obstawia drobniaki na to, gdzie nasrają. 

Jest to bodajże najbardziej urocza i nieszkodliwa forma hazardu a zarazem komercyjnego (jakby nie było) wykorzystywania zwierząt jaką napotkałem w życiu. 

6. Ludzie.

Dziwna sprawa ten zachwyt ludźmi, zwłaszcza, że jest we mnie ponoć sporo mizantropii. Na co dzień stronię od ludzi, a moje piekło to galeria handlowa w sobotę. Pobyt na Bornholmie sprawia jednak, że zamiast śnić o depopulacji, towarzyszą mi myśl w rodzaju „Ojej, jednak się da!”.

Bornholmczycy są cholernie mili i pomocni. Niezależnie od miejsca, wieku, płci czy jakiegokolwiek innego kryterium, jakie mógłbym tu wymienić. Jest tu ogromne zaufanie społeczne (jak to na północnych wyspach) i wszędzie unosi się zapach społeczeństwa obywatelskiego, w którym jeżeli ciut zasłabłeś, przysiadłeś na schodkach i wyglądasz niemrawo, ludzie hurtowo pytają czy wszystko ok i jak mogą pomóc. Ludzie uśmiechają się do siebie, pozdrawiają na ulicy niezależnie od tego czy się znają.

Specyficznie bornholmskim zjawiskiem są też mikro-kramy wystawiane przed domami. Mikro kram składa się z budki zbitej z drewna, skarbonki i wszystkiego co wyrosło ci na działce, a co chciał(a)byś sprzedać za drobne. Co istotne - taki mikro kram nigdy nie ma sprzedawcy. Kupisz tam świeże warzywa i owoce z ogrodu, domowe przetwory, zebrane w lesie grzyby, miody, soki, oliwy domowej roboty itd. Bierzesz, wrzucasz drobniaki do skarbonki, idziesz dalej. Dla digital natives przewidziano również numer telefonu do płatności mobilnych. Więc te 10 koron za szczypiorek możesz również przelać w ten sposób. Panuje społeczny konsensus, że nikt tu nie chce nikogo wydymać na 30 koron, bo to po prostu niegodne i byłoby się wówczas zwykła ludzką francą, a nie „ogarniętym cwaniakiem co umie nieźle zakombinować”.

7. Knajpy.

To dość szczególny punk na mojej liście, bo wynika z mojego, nieco perwersyjnego zamiłowania do knajp w pewnym typie. Bornholmska gastronomia dzieli się na 2 kategorie - miejsca turystyczne (wszędzie bardzo podobne menu, podobny standard, kawa za 25-35 koron, tani posiłek to 90 koron, drogi to 250) i miejsca lokalsowskie. O tych drugich tu mowa.

Pamiętacie tę scenę z Trainspottinga - „First day of the Edinburgh festival” ?

To ta scena, gdzie do baru wchodzi Amerykanin w czerwonej puchowej kurtce, Francis Begbie spuszcza mu wpierdol w toalecie, kroi go, po czym dzieli się ukradzionym hajsem z chłopakami, a w finale tej sceny barman przymierza tę czerwoną kurtkę, którą miał na sobie bogu ducha winny turysta. No, to na Bornholmie znajdziecie takie same knajpy, tyle że nie stracicie w nich kurtki, własnej krwi, ani godności. Właściwie to nie stracicie nic, za to kupicie kawę za cenę polską-knajpową, a nie jej wielokrotność.

Poznasz, że jesteś we właściwymi miejscu, jeżeli przychodzisz tam przed południem, wszystkie miejsca przy barze są zajęte, trwa ożywiona dyskusja między stałymi bywalcami a barmanem lub barmanką, wszyscy walą piwo naprzemian ze sznapsem i palą wewnątrz szlugi, a obsługa w sposób zabawny (ale nie niemiły!) ma Cię w dupie.

Ja lubię taki klimat, ale nie każdy musi. Za to każdy lubi zapłacić za kawę 10 koron (a nie 25) a za piwo 35 (a nie 60) - tam jest to możliwe.

8. Christianso / Frederikso

Marzyłeś/aś kiedyś o tym, by przeżyć życie w otoczeniu bardzo niewielkiej, ale zżytej grupy ludzi, za to wśród absolutnie niezwykłej przyrody? Robi Ci się przyjemnie ciepło na wspomnienie Przystanku Alaska?

Widok z Christiansø na Frederiksø, a ta skalna wyspa na 3 planie to Græsholm

Wyobraź sobie więc, że jest miejsce, nie dalej niż 120km od polskiej granicy, gdzie na niewielkiej wyspie, a właściwie dwóch - połączonych mostem, żyje sobie populacja 90 osób (dane na styczeń 2019) mając do dyspozycji siebie oraz jeden sklep, jedną budkę z fastfoodem i pamiątkami, jeden hotel, jedną restaurację (hotelową), jeden mikrokomisariat policji, jedną mikroszkołę, jeden mikrokemping. Koniec.

Witamy na Christiansø i Frederiksø, w czymś w rodzaju malutkiego raju na ziemi, do którego da się dopłynąć promem z Gudhjem w jakieś 45 minut.

Christiansø i Frederiksø czyli archipelag Ertholmene (należy do niego jeszcze wyspa Græsholm, zamieszkała w całości przez ptactwo, oraz trochę pomniejszych form skalnych wystających ponad wodę) był niegdyś strategicznym punktem na militarnej mapie Danii. Z tego też powodu wyspy podlegają bezpośrednio pod duńskie Ministerstwo Obrony, a nie są zarządzane przez Królestwo Danii, jak reszta kraju. Wyspiarski status i pewne trudności z niego wynikające sprawiają też, że archipelag Ertholmene jest czymś w rodzaju duńskiego raju podatkowego - gdzie większość zobowiązań podatkowych dotyczących reszty Duńczyków została anulowana lub znacząco ograniczona, co ma zabezpieczyć wyspę przed depopulacją.

Christiansø i Frederikso da się obejść linią brzegową w jakąś godzinę. Napotykając kilkusetletnie zabudowania (w tym sporo o charakterze militarnym), fantastyczną roślinność, ptaki gniazdujące 40 cm od ścieżek, którymi się przechadzasz (z tego też powodu na wyspach archipelagu nie można posiadać psów i kotów - które stanowiłby zagrożenie dla dzikiego ptactwa).

Najpiękniejsze logo jedynej restauracji na Christiansø

Można doświadczyć prawdziwego splendid isolation, zjeść coś potwornie drogiego w hotelowej restauracji (to jednak jest „wyspa wyspy” - bo to Bornholm zaopatruje Ertholmene, co sprawia, że ceny szybują wysoko…) ale można też zjeść fryty czy innego hotdoga i przeżyć. Piwo i wino w jedynym sklepie na wyspie są zaskakująco tanie (o 30-40% niższe niż na Bornholmie) - wynoszę po tym, że akcyza tu (jak i reszta podatków) może być tu inna niż dla całej Danii, ale nie znalazłem źródła, które by to potwierdzało. Jednak alkohol jest w jedynym tamtejszym sklepie (i tylko tam!) w cenach niemal polskich i z czegoś musi to wynikać (może znów zabezpieczenie przed depopulacją ;)

Tym promem przypływacie tu z Gudhjem.

Jeżeli chodzi o koszta - rejs z Gudhjem w 2 strony, dla dorosłej osoby, kosztuje ok 250 koron, czyli + - 180 pln. Nocleg w tamtejszym hotelu kosztuje srogie 700-750 pln za noc. Nie znam cen kempingu.

9. Szama

Lubię jeść. To mnie z jednej strony gubi, z drugiej dostarcza mi wiele przyjemności. Smakowanie rzeczy jest dla mnie nieodłącznym elementem podróży, jednocześnie zawsze staram się, by nie była to konsumpcja głupia i nażeranie się cudzym kosztem.

Śledź, sałatka ziemniaczana, piwo Svaneke. Prawilny obiad. 

Bornholm to wędzarnie i ryby. To śledź, któremu powinniśmy dziękować - że mnoży się na tyle skutecznie, że jest jednym z niewielu bałtyckich nieprzełowionych gatunków. Spróbujcie go więc, bo warto. Na Bornholmie śledzia podaje się w dwóch naczelnych wersjach:

Pieczonego w soli, z musztardą, burakami i ciemnym pieczywem

Wędzonego, z surowym żółtkiem jaja, szczypiorkiem, czarnym chlebem i gruboziarnistą solą (są też składniki opcjonalne, jak rzodkiewka) - ta druga opcja to tzw. Sol over Gudhjem

Oba są boskie i by się o tym przekonać najlepiej kupować je w wędzarnio-knajpach (Røgeri). 

Jak widzicie takie kominy to Røgeri jest blisko!

Znajdziecie je w większości miast portowych i rozpoznacie po charakterystycznych sterczących kominach i po tym, że leżą z reguły blisko wody i portu. Znajdziecie je na pewno w Svaneke, w Gudhjem, w Allinge (tam nawet dwie) i pewnie w wielu innych miejscach. Nie ma ich (lub przynajmniej ich nie znaleźliśmy) w Rønne i w Sandvig.

Kończąc temat ryb - nigdzie jak dotąd nie spotkałem takiej powszechności ryb z certyfikatem MSC, jak na Bornholmie. Szacuję, że 2/3 w porywach do 3/4 tego, co sprzedaje się w sklepach posiada certyfikat zrównoważonego rybołówstwa. Być może jest to po prostu duński standard.

Na rybach Bornholm się nie kończy. To również świetny…olej rzepakowy. Nierafinowany, tłoczony na zimno, produkowany lokalnie w różnych odmianach smakowych, w tym z czosnkiem niedźwiedzim, który polecam najszczerzej. Bornholm to także absolutnie genialna musztarda, której wieziemy pół plecaka, jadąc właśnie w pociągu relacji Gdynia - Warszawa. Tak jak w przypadku olejów, znajdziecie wiele jej odmian, od superostrej po miodową.

Dla miłośników słodyczy i, hm, nieoczywistych przyjemności Bornholm ma lukrecję (lakrids). Grupę miłośników lukrecji poza krajami Skandynawskimi i Holandią, szacuję na jakieś 6 osób. 

Cukierki lukrecjowe, wybaczcie gównianą jakość zdjęcia. 

Jest pośród nich jedna z moich byłych dziewczyn oraz Sebastian Rzepka, nasz fotograf (btw - właśnie ogarnął sobie nową stronę i insta - obczajcie, bo robi fajne rzeczy) któremu zawsze przywożę z Bornholmu zapas tej dziwnej czarnej, słono-słodkiej, mocno koneserskiej substancji (smak „czarnych żelków” - jakby ktoś nie kojarzył).

Najlepszą lukrecję kupicie w Svaneke - jest tam kameralna manufaktura słodyczy, gdzie prócz kupienia różnych form lukrecji (od tych łagodnych, dla początkujących, po wersje typu „nightmare” dla lukrecjowych świrów) możecie zobaczyć cały proces produkcyjny cukierków - od formowania masy, cięcia, po pakowanie.

10. Golaski (gościnnie: Dobre Ciało / Kamila Raczyńska-Chomyn)

Jeśli widujecie mnie czasem ze skwaszoną miną, to prawdopodobnie wyglądam tak dlatego, że nie jestem na golaska.Na golaska najlepiej mi się śpi, je, pracuje, ćwiczy, tuli koty - to wszystko mogę robić w domu. Gorzej, że na golaska najlepiej mi się też opala, pływa, drzemie na świeżym powietrzu, chodzi po lesie, leży na skałkach i szczotkuje ciało na sucho w słońcu, a z tym już trochę trudniej w Polsce.

Plecy mojej żony, która spędziła wakacje chodząc wszędzie w śpiworze. 

Bornholm to miejsce, w którym spędzam cały urlop w sukience bez bielizny (no dobra, w Warszawie też tak chodzę latem), ale na Bornholmie wystarczy zejść nad wodę, żeby całkowicie bezkarnie wyskoczyć z sukienki i spędzać czas na golaska.

Nawet jeśli obok jest taras restauracji.

Nawet jeśli obok bawią się dzieci (gołe lub nie).

Nawet jeśli to plaża bez wyznaczonej nagiej strefy.

Skandynawskie podejście do ciała i nagości jest dla mnie najzdrowszym i najbardziej normalnym, jakie znam. Ciało, to ciało - super, jeśli jest zdrowe i nie boli. Przyjemnie, gdy jest rozpieszczane sesjami w saunie, szczotkowaniem, okładaniem pachnącymi gałązkami drzew, hartowane w zimnej wodzie i suszone na słońcu.

Nie jest seksualizowane, ani oceniane pod względem wyglądu. Jesteś kobietą i masz włosy na ciele - ok, nie masz ich - ok, masz rozstępy po ciąży - ok, nie masz piersi po mastektomii - ok.

Dość blada dupa.

Nikomu nie przyjdzie do głowy myć się przed basenem w kostiumie kąpielowym na ciele (wiadomo - Polak woli brudną niż gołą dupę) ani chronić na plaży niewinność swoich dzieci przed widokiem nagich ciał ludzi różnej płci i w różnym wieku.

Ale, żeby nie było aż tak pesymistycznie - przynajmniej gdy wyskakuję z góry od kostiumu na polskiej plaży (której, nota bene, w tym roku nie brałam ze sobą w ogóle), to od razu robi się dużo miejsca wokół naszego obozowiska. Przysięgam - działa jak puszczenie bąka w autobusie i to za każdym razem.

Epilog

Po dwóch tygodniach spędzonych na Bornholmie jesteśmy, jak zwykle - równie szczęśliwi i wypoczęci, co spłukani. Ceny są absolutnie jedynym mankamentem tego miejsca, jaki odkryliśmy w ciągu 3 ostatnich urlopów spędzonych właśnie tam. Dla planujących wyprawę przygotowałem więc mały przelicznik tego, na jakie warunki cenowe należy się przygotować:

Wędzony śledź w Røgeri wraz sałatką ziemniaczaną - ok 50 pln

Wędzona makrela w Røgeri wraz sałatką ziemniaczaną - ok 50 pln

Wędzony łosoś w w Røgeri z frytkami i sałatką - ok 70 pln

Duża porcja frytek w Røgeri - ok 20 pln

Bilet autobusowy z Nexo do Allinge (czyli przez całą wyspę - z południa na samą północ - ok 30 pln od osoby

Bilet autobustowy z Allinge do Sandvig (ok 2km) - ok 8 pln od osoby

Nocleg airbnb, całe mieszkanie dla 2 osób - w zależności od standardu i lokalizacji - ok 280-380 pln za noc

Duża „tutka” (ze 350-400g) cukierków lukrecjowych z manufaktury w Svaneke - ok 50 pln

Kilogram marchewek - ok 7 pln

Kilogram jabłek - ok 12 pln

Piwo Svaneke, półlitrowe w sklepie - ok 20 pln

Piwo Svaneke, półlitrowe w knajpie - ok 40-45 pln

Lokalna wódka (Bornholms Akwawit) pół litra, w sklepie - ok 50 pln

W związku z naszym obecnym stanem ciężkiego spłukania - zapraszamy serdecznie do naszego sklepu ;)  >>> WEŻ TU KLIKNIJ I COŚ KUP <<<

11. Bonus Track: Samochody vintage

Nie wiemy dokładnie jak to się dzieje, ale się dzieje. Od trzech lat przypływając na Bornholm początkiem lipca, napotykamy tam samochody takie, że zastanawiam się czy w 34. roku życia nie zainteresować się jednak motoryzacją, która nigdy specjalnie mnie nie interesowała. 

Powszechność fantastycznie zachowanych zabytkowych fur jest tu niezwykła, ja się na furach nie znam, ktoś z Was pewnie się zna - więc w ramach małego bonusu 5 wybranych zdjęć. Już bez opisów. 

I tyle. Uprzejmie dziękuję tym, którzy dotrwali do końca :)  Czas na ostatnią reklamę

Zapraszamy do sklepu:

SPRAW SOBIE TISZERT

SPRAW SOBIE CZAPKĘ

SPRAW SOBIE BLUZĘ

NO ALBO KUBEK

5% z naszego zysku przeznaczamy na cele statutowe Fundacji MARE zajmującej się ochroną bałtyckich ekosystemów. Pakujemy w papier, bez plastiku. Szyjemy w Polsce z organicznej bawełny, surówki bawełnianej, wełny merino. 

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa, więc jakby ktoś chciał użyć, to prosiłbym o wcześniejszy kontakt, zapewne się dogadamy. 

łukasz

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów