Drenda Morska: Jak pojechałam do Słupska i nie zjadłam najstarszej polskiej pizzy

Kiedy zadałam bywalcom mojego fanpeja pytanie otwarte o to, co warto zobaczyć w Słupsku, dowiedziałam się, że oczywiście DOMKI, ale na szczęście nie tylko. Wiedziałam, że to siedziba jednego z najsłynniejszych Obiektów, Które Stały Się Biedronkami, czyli dawnego kina Millennium (o Obiektach, czyli modernistycznych budynkach, w których dziś znajdują się dyskonty, wystawy zorganizowały kielecki Instytut Dizajnu oraz Muzeum Miasta Gdyni), słyszałam też, że to ojczyzna polskiej pizzy, że ma kosę z Koszalinem, i właściwie tyle. Spodziewałam się za to wszystkiego, co najlepsze w byłych miastach wojewódzkich - pamiątek po inwestycyjnym rozmachu PRL i milenijnych marzeniach, ale na skalę, która nie onieśmiela.

Wizytę w Słupsku warto zacząć od dworca PKP, bo to pamiątka słabo reprezentowanego w Polsce stylu, lubię nazywać koszycko-belgradzkim. To późny socjalistyczny modernizm, ale kanciasty, nieprzyjazny, przypominający wielkie roboty z anime. Tak chyba w połowie lat 80. wyobrażano sobie nowy, lepszy PRL 2.0, ten, w którym Bajtek miał prześcignąć Apple. Bardzo lubię te realizacje, pamiątkę przyszłości, która nie nadeszła, i ubolewam, że słupski dworzec, w środku również schludny, ma wkrótce zniknąć z powierzchni ziemi. Zwiedzajcie, póki czas.

Pierwsze wrażenie po wejściu w miasto to: "co ja znowu robię w Bytomiu?!". Słupsk miejscami wygląda trochę jak Bytom nad Bałtykiem, co oczywiście miło głaszcze moje hajmatowe sentymenty, i ucieszy wszystkich miłośników czerwonej cegły. Gotyckie bramy, Zamek Książąt Pomorskich i Baszta Czarownic to być może oczywiste atrakcje, ale w Słupsku przenikają się tak blisko i naturalnie z blokami z lat 60., kioskami z lat 90., postmodernistycznym tripem czasów transformacji i calkiem nowymi inwestycjami, że miasto można potraktować jako przedziwne laboratorium. To mieszanka typowa dla miast z ziem zachodnich i północnych, w tym akurat wyjątkowo bezpretensjonalna.

Na Starym Rynku centralne miejsce zajmuje dawne kino Milenium, dzisiaj Biedra i restauracja. Sam plac jest nieco łysy i brakuje na nim zieleni, ale wiele satysfakcji daje blok “wzornik Pantone”, gdzie każdy balkon pomalowano na inny odcień tego samego koloru. Podobno niektórzy narzekają na to, że słupskie bloki nie są tak kolorowe jak w innych miastach i wyklinają za to plastyka miejskiego. Moim zdaniem to chyba najlepszy przypadek odświeżenia bloków z PRL - jest i kolor dla tych, którzy chcą, żeby było weselej, i schludność dla wrogów “pastelozy”. W podobnej tonacji pomalowano nibyrenesansowe fronty bloków przy Kościele Mariackim. To taka “starówka nówka”, przykład postmodernistycznej zabawy z historią, której najdobitniejsze realizacje można podziwiać w Kołobrzegu i Elblągu. Szpaler domów przy Starym Rynku jest raczej skromny w porównaniu z tamtejszymi wygibasami, ale ma w sobie sporo uroku, zwłaszcza w konfrontacji z monumentalnym gotykiem kościoła. Zaraz obok rozpoczyna się Nowobramska, krótki deptak zakończony bramą i tramwajem. Za kościołem można podziwiać jeszcze budki nieco przypominające popularne w latach 90. jugokioski.

Czasami mam wrażenie, że Słupsk miał większe ambicje. Na przykład zostać małym Szczecinem, o czym przypominają place i ronda oraz przydomek “Paryża północy”, choć być może każde miasto z rondami zostaje Paryżem z automatu. Jest w tym jakiś rozmach, który nie doczekał się w końcu realizacji, co znów przywodzi mi na myśl Śląsk. Dlatego warto wybrać się szlakiem fascynacji nowoczesnością i techniką z epoki początków kina, radia i telefonu. Słupsk zawiera kilka pamiątek tego entuzjazmu. Dom Towarowy Słowiniec z 1910 jest nie tylko efektowny, ale zawiera tez zabytkową windę, ładnie prezentuje się tez okrąglutki gmach WUP. Na drzwiach budynku przedsiębiorstwa tramwajów, gazociągów i elektrowni umieszczono symbole nowej ery elektryczności i motoryzacji. Wyglądają jak tajny kod iluminatów. Niestety, od 1959 Słupsk pozostaje miastem beztramwajowym.

Przez centrum miasta płynie sobie Słupia i spacer wzdłuż tej rzeki zdecydowanie należy do przyjemnych, zwłaszcza, że można zejsć w doł trawiastej skarpy i pogapić się na płynącą wodę. W centrum miasta, pominąwszy Stary Rynek, nie brakuje zieleni. Miałam wrażenie, że wcielono tu w życie dobre praktyki sprzed lat, bez upierania się, że wszystko trzeba ołysić. Być może była to kwestia momentu pandemicznego, ale Słupsk prezentował się jako miasto wyjątkowo bujne, z parkami, bogactwem roślin przy brzegach, zapomnianymi (w pozytywnym sensie - pozostawionymi naturze) miejscami “pomiędzy”, na obrzeżu osiedla, za parkiem, na “terenie niczyim”. Miało to w sobie coś z przygodowego serialu dla młodzieży.

Rzeźba plenerowa z czasów PRL to jedna z moich bieżących zajawek, więc dowiedziawszy się, że Słupsk przynajmniej kiedyś miał ich całkiem sporo, ruszyłam w osiedla. Może źle szukałam, bo udało mi się znaleźć tylko jedną, mocno pokiereszowaną, niedaleko Parku Kultury i Wypoczynku. W tej konkurencji wygrywa Koszalin. W Słupsku można za to natknąć się na niedźwiadki szczęścia, czyli powiększone wersje bursztynowego misia, znalezionego w 1887 podczas kopania torfu, archeologicznej atrakcji miasta. Powstał z nich szlak trochę w stylu berlińskim (misiaki ozdobili po swojemu Wojciech Stefaniec, Cukin czy słupscy uczniowie), i pewnie nie wszystkie muszą się podobać, ale jednak miło zobaczyć bardziej street artowe podejście do tej formuły, a nie próbę klonowania krasnali wrocławskich. Niedźwiedź Wojciecha Stefańca stoi przy bardzo efektownej Bibliotece im. Marii Dąbrowskiej zlokalizowanej w dawnym kościele.

Skoro mowa o street arcie, w Słupsku natrafiłam na jeden z najbardziej udanych murali, jakie zdarzyło mi się zobaczyć w Polsce. W końcu nie jest to typowy dla naszych ścian realizm magiczny i klimaty Olbińskiego, a nawiązanie do polskiej szkoły ilustracji i plakatu z lat 60. i 70. Ze wspomnianą epoką pracę Złotego łączy też fakt, że jest to, podobnie jak murale z PRL, reklama, choć bardzo dyskretna (firmy ochroniarskiej Jantar). Niedaleko spektakularnego budynku słupskiego PKO można znaleźć mural Aqualoopy, a w przejściu podziemnym przy Nowobramskiej upamiętnienie jednego z pierwszych abstrakcjonistów, Otto Freundlicha. Muzeum w rodzinnym mieście Freundlicha nie posiada na własność jego prac (choć odbyła się tu wystawa czasowa), za to może się pochwalić największą kolekcją witkacjanów. Skąd prace Witkiewicza w mieście, z którym nie miał nic wspólnego? Podczas wyprawy pojawiła się teoria spiskowa, że tak naprawdę przeżył, i po wojnie pod zmienioną tożsamością osiadł był w Słupsku. Oczywiście fakty są mniej spektakularne, kolekcję zakupiono od zakopiańskiego lekarza mieszkającego na Pomorzu, Michała Białynickiego-Biruli. Z murali polecam też szczególnie ten nieco zachomikowany, głoszący, że “Polska Ludowa jest ukoronowaniem tysiąclecia dziejów narodu i państwa polskiego”. Pozując pod takim muralem można poczuć się jak Pan Samochodzik, bohaterowie “Prawa i Pięści”, Hans Kloss oraz Kapitan Żbik w jednym.

Nie ma rzeźb, ale są mozaiki. To zdecydowanie lokalna specjalność. Jedną wytropiłam na budynku kina, inną na przychodni. Ale to nie wszystko, bo mozaikową dekorację mają też okrągłe miejskie szalety. Gdybym akurat musiała wtedy z nich korzystać, na pewno czułabym się godnie. Wspomniane kino znajduje się na osiedlu, gdzie można też podziwiać modernistyczny pawilon o zębatym dachu i “Zemstę Koszalina”, czyli POTĘŻNY blok. Nazwa wzięła się od spekulacji, że w latach 70., gdy oba miasta leżały w województwie koszalińskim, Słupsk domagał się wysokościowca. Legenda mówi, że z Koszalina wysłano architekta, który słupszczan strollował. Zemsta Koszalina jest tak wielka, że choć starałam sie jak mogłam, nie udało mi się złapać całości w kadrze.

A gdzie zjeść? Niestety nie jestem w stanie osobiście zrecenzować oferty najsłynniejszego lokalu gastronomicznego miasta, czyli baru Poranek, gdzie w 1975 roku zaserwowano pierwszą w Polsce pizzę, więc muszę wierzyć na słowo jej licznemu fandomowi. Pizze są nieduże i puchate, dostępne w dwóch raczej zachowawczych, zapiekankowych wariantach, czyli z kiełbasą i pieczarkami, choć kiedyś w menu można było znaleźć wersje eksperymentalne - z jajkiem oraz makrelą. Sama pizzeria to osobne pomieszczenie przy sali barowej, obłożone boazerią i choć bardzo liczyłam na porcję duchologicznej smakówy, to reżim pandemiczny pokrzyżował mi plany. Pocieszyłam się w Falli przy Nowobramskiej, ale zamierzam jednak wrócić specjalnie po pizzę.

Słupsk zdecydowanie dobrze wypada pod względem łakociowym. Jest kilka dobrych lodziarni i cukierni, a przy Starym Rynku można wpaść do budki z szyldem BITA ŚMIETANA i poczuć się odrobinę tak, jakby Papa Dance nigdy nie wypadli z list przebojów, co bardzo mnie wzruszyło, bo myślałam, że nigdzie już nie serwuje się bitej śmietany solo.


Słupsk, co widać po rozpoczętych i niekontynuowanych próbach, miał chyba ambicje liderskie, ale przypadła mu rola miasta średniego. To w sam raz. Nie zmieniaj się, Słupsku. Wpadnę tu jeszcze raz.

Olga Drenda. 

Blog Hansa Wear wspiera sklep Hansa Wear, a nasz sklep finansuje działalność bloga. Będzie nam super miło, jeżeli wpadniesz na zakupy. Szyjemy w Polsce z organicznej bawełny i wełny merino, nasze ubrania pakujemy w papier, 5% zysku przekazujemy Fundacji MARE. Zapraszamy, może coś Ci się spodoba. 

---> Poka ten sklep!

---> Eeee tam, wolę coś jeszcze przeczytać. 

łukasz

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów