Drenda Morska: W Koszalinie - mieście "koło Mielna"


W Koszalinie zasłyszałam jednym uchem złośliwy komentarz, że to „takie miasto koło Mielna”.

Faktycznie, już na dworcu wesoła gromadka wiksiarzy okupowała busy w tym kierunku, choć nie zaczął się jeszcze na dobre sezon urlopowy, a w dodatku była środa. Ja postanowiłam zostać w Koszalinie, mieście nieco dla mnie tajemniczym. Wiedziałam o nim na pewno, że w latach 70. budowano tu w ramach pewnego eksperymentu domy atrialne, że stoi tu rzeźba Hasiora, że stąd pochodzi Das Komplex, i że warto zobaczyć dworzec. Co też postanowiłam uczynić.

Dworzec, choć zaniedbany, jest piękny schludną urodą socmodernizmu, jak zdarza się to dworcom pomorskim (pozdrawiam Łobez). Wita nas krojem Paneuropa, a w hali pod sufitem rozciąga się fresk w stylu New Look przedstawiający korowód szkicowych postaci o sylwetkach figurek z Ćmielowa.

Przypomina o (wyidealizowanych przez nas współczesnych oczywiście) czasach najlepszego polskiego kina, dizajnu i architektury. W poczekalni mamy jeszcze gratis w postaci kolumn z mozaikami! Tu nadszedł jednak WTEM: gdy z moim towarzyszem podróży robiliśmy w najlepsze zdjęcia we wspomnianej poczekalni, pani pracująca w kiosku zapytała, czy przypadkiem nie fotografujemy na potrzeby przetargu i z wielkim rozbawieniem zareagowała na odpowiedź, że wprost przeciwnie, podobasię nam tak jak jest. Nie wiadomo więc, jak długo będzie można podziwiać dworzec w obecnym stanie.

Po wyjściu przed budynek dworca czeka kolejna miła niespodzianka dla fanów betonu i sfatygowanych pomników niegdysiejszych utopii, czyli wiata dworca PKS w formie charakterystycznych ząbków. 

To całkiem zresztą spektakularny garnitur. Sam dworzec oczywiście widział lepsze dni, ale działa sprawnie i podczas tej samej wycieczki skorzystałam z jego oferty (polecam wyprawę do Darłowa przez niekończące się tło Windows XP i rzadką w Polsce przestrzeń prawie bez reklam).

Centrum miasta to długa ulica Zwycięstwa, której kształt to właściwie Koszalin w pigułce. Resztki kamienic z XIX wieku, historyzujące formy z lat 90., proste bloki z lat 60., odpały w stylu Polska2000elo, oraz kilka efektownych budynków z czasów PRL, które spotkał różny los.

Historia centrum miasta i jego obecnego kształtu jest bardzo podobna jak w wielu innych miejscowościach Ziem Zachodnich i Północnych - zniknęło z powierzchni ziemi za sprawą Armii Czerwonej, w tym wypadku aż w 40%. Najlepiej widać to na starówce, gdzie resztki gotyckiej zabudowy sąsiadują z kolorowymi milenijnymi pasażami. 

Ale wracając do ulicy Zwycięstwa, jeden z jej brylantów to dom handlowy Saturn z lat 60., z dachem podwieszonym na linach. Jest to niestety brylant zbrązowiały, ponieważ na taki kolor postanowiono go pomalować. Na szczęście w dach typu skatepark nie było żadnych ingerencji.


Pomorskie miasta mają szczęście do zieleni. Tu jakby nie dotarła bezlitosna ręka Wielkiego Kamieniarza, który publiczne przestrzenie w Polsce zamienia masowo w dystopie, gdzie żadne życie nie ma prawa przetrwać. Przy Zwycięstwa zaczyna się więc Park Książąt Pomorskich, którego strzeżeopuszczony gmach dawnego Empiku. Wciąż można dostrzec na nim neon RUCH. Jego rozmach przypomina o złotych czasach mediów analogowych i godzinach spędzonych na stanowisku odsłuchu płyt, ale księgarnia raczej nie wróci na miejsce - podobno mają powstać tu mieszkania. 

W parku rośnie też Dąb Esperanto, o czym przypomina pamiątkowy kamień. Podobno dąb posadzili faktycznie koszalińscy esperantyści i jest w tym miejscu coś niebywale podnoszącego na duchu.

Na archiwalnej fotografii z PRL widać, jak na placu przed koszalińskim ratuszem dzieciaki pływają w otwartym basenie, w cieniu pomnika z napisem oczywiście „Byliśmy-Jesteśmy-Będziemy”. Jest to czysta duchologia: ciepłe barwy generujące instant nostalgię, gościnny beton, rekreacja pod kuratelą państwa, mitologia Ziem Odzyskanych. 

Dzisiaj basenu nie ma, a pomnik został przeniesiony do Parku Książąt Pomorskich, niedaleko amfiteatru znanego jako Chips (ponieważ, jak można się domyślić, jest w kształcie chipsa). Został za to ratusz z 1962 roku, znany jako „budynek z taboretem” i chyba średnio lubiany, a trochę szkoda, bo to bardzo ciekawa modernistyczna rzecz.


Moim ulubionym modernistycznym budynkiem miasta jest jednak Koszalińska Biblioteka Publiczna. Wejście na Plac Polonii i widok na ten szlachetny prostopadłościan pozwala poczuć się jak na pocztówce wydanej przez Krajową Agencję Wydawniczą. Wizyta w Koszalinie przypadła na czas pandemicznych obostrzeń i nie pozwiedzałam, ale poszłam do kawiarni Pokój w Bibliotece i była to bardzo dobra decyzja. Z lokali koszalińskich odwiedziłam też kocią kawiarnię Kocimiętka, gdzie poznałam pewną obrażoną chmurkę.

Oczywiście, każdy pytał o Ogniste Ptaki Władysława Hasiora. Stoją i są tak wiejsko-steampunkowe, jak tylko można sobie wyobrazić. Można, nieco się wdrapawszy, podejść sobie do nich z bliska. Wtedy za ptakami z jednej strony zobaczymy Politechnikę pomalowaną w najmodniejszy zestaw dla budynków termomodernizowanych, czyli szaro - pomarańczowy, a po drugiej stronie...


...moim zdaniem - główną atrakcję Koszalina, czyli teren po Dożynkach Centralnych 1975. Dzisiaj mieści się tam giełda samochodowa, ale specyfika tego rodzaju biznesu sprawia, że przestrzeń może sobiedookoła trwać po swojemu. 

To ogromny trawiasty obszar blisko centrum miasta, aż chciałoby siępowiedzieć, że nie tylko Kraków ma Błonie. Ale nie było to założenie celowe, bo porzucone po terenie osobliwości pokazują, że to trochę wspomnienie po utopii, która nie zaistniała. 1975 to zenit epoki Gierka, „Polak potrafi”, „budowanie drugiej Polski”, nowoczesność i technokracja. Przedsięwzięcie szybko się zakończyło i dzisiaj już tylko pawilony typu wielki domek Brda, zasłonięte pozostałościami tablic z informacjami o racjonalizatorskich rozwiązaniach w rolnictwie, przypominają o czasach, gdy niesiono tu prominentom w podzięce pulchne chleby. 

Samotne maszty na flagi, w oddali blaszaki z napisem „Dancing club” (uwaga, tam akurat chyba nadal się tańczy, co musi być fantastycznym doświadczeniem), pojedyncze ozdobne latarnie, krzewy ogrodowe ukryte w gąszczu zwykłej trawy - wszystko to nieco porusza moje śląskie serduszko, gdyż teren Ośrodka Postępu Technicznego w Parku Chorzowskim prezentuje się nieco podobnie.

Koszalin jest miastem częściowo odnowionym, a na pewno intensywnie się odnawiającym, upodabniającym się do reszty Polski. Świadczą o tym liczne elewacje w kolorach jajecznicy oraz jajecznicy, ale z pomidorami oraz wszechobecność fotografii stockowej w materiałach reklamowych.

Przeszłość nie daje o sobie jednak tak łatwo zapomnieć i co chwilę można trafić na jej przypadkowe elementy, w rzeczywistości tego właśnie miasta cokolwiek surrealistyczne. Samotny kamień (co na to fanpage @typowy kamień?), czyli zapomniana rzeźba plenerowa gdzieś na terenie Dożynek, osiedlowy gołąb betonowy, pomniczek betonowy na terenie szkoły budowlanej, kwasiarskie sgraffito-skrzypce czy mój osobisty ulubieniec, czyli malutki ghostsign o naprawie rowerów, już z polskich czasów.

Zostają nam bloki, które muszę pochwalić. Wiecznie pozostające w stanie kosy Koszalin i Słupsk albo wymieniają między sobą plastyka miejskiego, albo ktoś brał z kogoś dobry przykład, bo tutejsze bloki mają ładnie, rytmicznie pomalowane balkony, na których dużo się dzieje, choć przecież z kolorami nic nie wiadomo. Taka termomodernizacja to mi się podoba.


Wreszcie Koszalin zapisze się w mojej wdzięcznej pamięci jako miasto giga-Brdy, i to pochodzenia zapewne przedwojennego. To budynek długi i wąski jak chart, schowany wśród innej zabudowy jednorodzinnej. 

Tyle o budynkach, a przecież jest też natura, wszak Koszalin to miasto uchodzące za zielone. Parki odwiedziłam, jezior niestety nie - wybrałam Bałtyk (do Kołobrzegu jest rzut beretem). Chętnie wybrałabym się ponownie do tego niedużego miasta otoczonego mnóstwem wciągających wakacyjnych satelitów i sprawdziła, czy w dalszych częściach miasta nie uchował się jakiś pawilonik.

Może po sezonie się uda.

Olga Drenda

Blog Hansa Wear wspiera sklep Hansa Wear, a nasz sklep finansuje działalność bloga. Będzie nam super miło, jeżeli wpadniesz na zakupy. Szyjemy w Polsce z organicznej przędzy bawełnianej i wełny merino, nasze ubrania pakujemy w papier, 5% zysku przekazujemy Fundacji MARE. Zapraszamy, może coś Ci się spodoba.

---> Poka ten sklep!

---> Eeee tam, wolę coś jeszcze przeczytać.


łukasz

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów